gijorg blog

Twój nowy blog

17. Smętarze

1 komentarz

Jestem chora, siedzę w domu i tracę czas. W nosie mam full tabaki – jedyny środek przeciwko katarowi, jaki na mnie działa. Jak tak dalej pójdzie, to wpadnę w nikotynizm, bo ostatnio naprawdę przeginam z tytoniem. Trudno, najwyżej będę ćwiczyć silną wolę, której w tej chwili praktycznie nie posiadam.

Całymi dniami patrzę przez okno. Gdy dobrze się przyjrzę, widzę cmentarz. Znam chyba każdy jego zakamarek, chodzę tam od najwcześniejszych lat mojego życia i odwiedzam pewną osobę, której nigdy tak naprawdę nie poznałam. Zrobiłabym wszystko, by mieć w głowie chociaż jedno wspomnienie z nią związane, ale to niemożliwe – umarła, gdy miałam dwa lata. Trochę dziwnie jest odwiedzać miejsce, pod którego powierzchnią gniją setki ciał, których żywota nigdy nie poznam. Znam doskonale ich imiona i nazwiska, czasami nawet zapamiętuję datę urodzenia i śmierci – często zatrzymuję się nad przypadkowym nagrobkiem i zastanawiam się, kim była dana osoba i jak zginęła. Wiem, że nie jest to normalne, ale lubię to robić. Najciekawsze historie wymyślam, gdy znajdę grób kogoś, kto umarł, mając 20-30 lat. Co robił? Zabił się sam? A może ktoś przyczynił się do jego śmierci? Jakie były motywy?

Tak naprawdę, to śmierć jest jedyną „rzeczą”, której możemy być pewni. Nie wiemy, kiedy umrzemy, ani w jakich okolicznościach, ale na pewno nie jesteśmy nieśmiertelni. Kiedyś to wszystko się skończy. Jaki jest więc sens egzystencji? Chyba każdy zadał sobie kiedyś to pytanie. Wiele osób twierdzi, że każdy ma jakieś znaczenie, zostawia po sobie jakiś ślad. Ale jakoś trudno mi w to uwierzyć. Na świecie żyje w tej chwili siedem miliardów ludzi i niemożliwe jest to, że każdy kogoś obchodzi. Ja celowo zrywam znajomości, zostały tylko dwie osoby, dla których liczę się w jakikolwiek sposób. Niedługo i one umrą. I co wtedy? Zostanę sama. Nie zostawię po sobie żadnych wspomnień w cudzych myślach, będę kolejnym nazwiskiem na cmentarzu. Kto wie, może jakiś świr też kiedyś będzie chodził między nagrobkami i zatrzyma się pod moim, zastanawiając się nad tym, co mnie spotkało w życiu?

16. Muzyka.

3 komentarzy

Mam dosyć tego wszystkiego, zamykam się w pokoju, słucham TSA i udaję, że nic mnie świat nie obchodzi. Tworzę własną rzeczywistość – bez sprawdzianów (które mnie wykańczają psychicznie, bo pragnę mieć zawsze 100%), bez zdartych pięt, …bez ludzi. Ani żywej duszy. Tylko muzyka, papieros i ja. Siedzę pod drzewem, wsłuchuję się w gitary, palę i jestem. Ktoś wchodzi, otwieram oczy. Jednak siedzę w pokoju, z żałosnym, półprzytomnym uśmiechem na twarzy. A jutro klasówka.

Zawsze czułam jakąś wewnętrzną presję, która pchała mnie do tego, żeby zawszze osiągać najlepsze wyniki. Na początku wychodziło mi to, ale z czasem straciłam tę moc, stałam się przeciętniakiem z niemożliwymi ambicjami. Pojawił się metal, pojawiły się rozmyślania, zniknął dar szybkiej nauki, zniknęły osiągnięcia. Pojawiła się pasja.

Pasja to coś, czego nie da się określić słowami. Słuchając muzyki, poznałam dziesiątki uczuć, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Z tekstów nauczyłam się życia, wirtuozeria pozwoliła mi odkryć prawdziwą sztukę. Teraz, gdy moje muzyczne doświadczenia są naprawdę rozbudowane, porównuję muzykę do własnych wspomnień. Z wieloma utworami wspomnienia same się nasuwają. Nie potrafię wyobrazić sobie jesieni bez słuchania ‚Heartattack in a Layby’ Porcupine Tree, a tęsknoty bez ‚Najtrudniej’ O.N.A.

Może to oklepane stwierdzenie, ale przynajmniej u mnie jest prawdziwe – nie żyję w pełni, nie słuchając muzyki. To część mnie, to moje wspomnienia, to moje życie. Tym jest dla mnie pasja.

15.

1 komentarz

Żyję obok siebie.

Pijąc kawę w kubku, identycznym, jak
jej, patrzę na nasze wspólne zdjęcie. Myślę, co by było, gdyby
nie dzieliło nas wszystko. Czy odważyłabym powiedzieć jej o
wszystkim? Pewnie nie, jestem tchórzem. Ale gdybyśmy były w
podobnym wieku i znałybyśmy się lepiej…? Najprawdopodobniej i
tak by to niczego nie zmieniło. Nie umiem mówić o uczuciach.
Spójrzmy prawdzie w oczy – w ogóle nie umiem rozmawiać. Z nikim
i o niczym. Jestem istotą tak aspołeczną, że nie potrafię wykrztusić
z siebie chociaż jednego, szczerego zdania, nie będąc pod wpływem.
Czyli w ogóle, bo nie zamierzam się alkoholizować do końca tego
roku kalendarzowego. Jak na razie idzie bardzo dobrze, wytrzymałam
już jakiś miesiąc.

 

Jest online. Patrzę w zielone kółko
obok jej nazwiska godzinami i zastanawiam się, o czym teraz myśli,
wyobrażam ją sobie patrzącą w ekran komputera i klnącą na
niedziałającą myszkę. To wszystko jest takie realne…

Wylogowała się. Lecz film wciąż się
wyświetla. Widzę dokładnie, jak idzie do kuchni, zrobić sobie coś
do picia. Wróciła. Magiczne zielone kółko znów się świeci.
Zieleń to kolor nadziei, coś musi w tym być. Zawsze, patrząc na
nie, jestem zahipnotyzowana jej obecnością. Nie potrafię tego
wyjaśnić, po prostu jej byt jest dla mnie bardziej rzeczywisty,
dochodzi do mnie, że jest żywą osobą, normalnym człowiekiem, a
nie ideałem, który żyje jedynie w moim umyśle. Ona też je, sra,
rzyga i się zakochuje. W przeciwieństwie do tego mojego urojonego
obrazu, który jest dosłownie perfekcyjny. Ale, co dziwne, bardziej
pociąga mnie ta rzeczywista ona. Jedząca, srająca i rzygająca.

13. Czas

1 komentarz

Czas mi się dłuży, nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Słucham Katatonii i siedzę. Przez cały dzień. A jak tak siedzę, to różne rzeczy wpadają mi do głowy. Tak właśnie powstają moje poronione natłoki myśli. Nie dają mi spać, nie dają mi się skupiać. Jedyne, co mi dają, to poczucie, że jestem jeszcze większą wariatką niż mi się do tej pory wydawało.

Mijają sekundy. Każda z nich jest jak minuta. Niech już będzie jutro. Albo nie – od razu piątek, bo czwartek będzie największą katorgą, skokiem na głęboką wodę. Nie jestem na to gotowa. Nie chcę spojrzeć w oczy tym wszystkim, którzy nie wiedzą, kim jestem. Mam dosyć udawania, przyklejania sobie miłej miny i mówienia przyjaznym głosem. Dłużej tak nie będzie. W tym roku ucieknę w naukę, zamknę się w pokoju i będę zakuwać, nie myśląc o społeczeństwie.

Czy jestem człowiekiem?

_____________________________________________________

12345, jeśli to czytasz, odezwij się.

Ale syf. Wszędzie: w mojej głowie, w moim guście, w mojej tożsamości i w czasie. A ja oczywiście nie umiem zabrać się za układanie tego rozwalonego życia. Potłukło się przed moim narodzeniem i teraz trwają te szczątki, które się ostały. Serdecznie dziękuję za ten przepiękny dar, ale żałuję, że go przyjęłam.

W czwartek powrót do rutyny. Pięć dni w tygodniu w stresie i jeszcze większym syfie. Zapierdalanie od 6:30 do 16 i stawanie się częścią wiecznie pędzącego miasta. Ten tłum mnie przeraża. Miasta mnie przerażają. Ale najbardziej przeraża mnie powrót do tych ludzi. Rozpieszczone, srające forsą bachory, dbające tylko o to, czy mają najnowszy model iPhone’a. Nie ma miejsca na jakiekolwiek książki, ambitne filmy czy undergroundową muzykę – liczą się kluby, gadgety, seks i, przede wszystkim, kasa. Pamiętam, jak podczas pierwszej lekcji polskiego w liceum na profilu humanistycznym, nauczyciel spytał o ostatnią książkę, jaką przeczytał każdy z nas. Chyba trzy czy cztery osoby przeczytały coś w przeciągu roku. To mnie dobiło – wybierają ten profil tylko i wyłącznie dlatego, że nie lubią matmy. A potem pewnie wykują do matury i staną się kolejnymi prawnikami nieznającymi się na rzeczy, cytującymi tylko konstytucję. W takim świecie właśnie żyjemy. Przekonałam się o tym na własnej skórze, niejeden raz. Teraz nie ma miejsca na pasje, zainteresowania i uczucia.

Nie chcę wrócić do nich, wmieszać się w ten tłum humanistycznych głąbów i być postrzegana jak jeden z nich. Nie chcę na nich codziennie patrzeć, uprzytomniając sobie, gdzie żyję. Nie po to poszłam do jednej z najlepszych liceów w mieście, żeby tego wszystkiego doświadczać. Nie chcę żyć, patrząc na szerzącą się głupotę wśród pokolenia, które za parę lat będzie zasiadać w sejmie i pleść jeszcze większe głupoty, niż te, o których słyszymy teraz. Jaka przyszłość czeka naszą generację?

Są dwa typy wśród dzisiejszej młodzieży: ci tak zwani ‚fajni’ i wariaci. Chyba nie muszę mówić, do której grupy należę… Chociaż to wcale nie jest aż tak oczywiste – nawet wśród wariatów jestem odmieńcem. Kiedyś myślałam o tym, żeby porzucić ideologię, wmieszać się do tych nienormalnie normalnych i poczuć, jak to jest. Odrzuciłam to po kilku rozmowach z tymi ‚fajnymi’…

Te wakacje były (a właściwie jeszcze są) maksymalnie zjebane. Po tym, jak zwątpiłam we własne pojęcie o sobie i zaczęłam słuchać post-hardcore’u, nie wierzyłam, że będę miło wspominać ten czas*. A jednak.

Poszłam na spacer, w uszy włożyłam słuchawki, z których słychać było Bring Me The Horizon (nie jestem z tego dumna, ale cóż…) i zatopiłam się w odgłosach ulicy. Po raz pierwszy od dawna nie miałam wrażenia, że wszyscy się na mnie gapią, dumnie kroczyłam stawiając czoło rzeczywistości. Czułam się dziwnie pewna siebie i nie przeszkadzała mi moja inność (objawiająca się we wszystkim, co robię).

Poszłam do sklepu, kupiłam sobie Pepsi Max i ciastka owsiane. Nie wiem, dlaczego – coś mnie podkusiło. I okazało się potem, że bardzo dobrze.

Zadzwoniła do mnie moja kumpela z wiadomością, że K. jest na kawie. Oczywiście spanikowałam, zaczęłam się miotać i zastanawiać, czy jechać do tej kawiarni, żeby ‚przypadkiem’ przejść obok. Ale doszłam do wniosku, że to nie ma sensu, bo możemy się minąć. Wyjątkowo zależało mi na tym, by ją ujrzeć, bo nawet nie mignęła mi przed oczami od ponad dwóch miesięcy, co jest dla mnie niewyobrażalnym odcinkiem czasu. Ogarnęłam się i poszłam w rejony jej domu (mieszkamy blisko siebie, więc nie było to podejrzane).

Siedziałam tam dobrze dwie godziny, gdy zaczęło się ściemniać, a ja zrobiłam się głodna. Wtedy zaczęłam błogosławić moją intuicję – miałam przecież ciastka :D. Zapiłam Pepsi i byłam gotowa czekać dalej. Było coraz ciemniej, a to dla mnie największa przeszkoda, mam wadę wzroku i nie noszę ani okularów, ani kontaktów. I nagle ją zobaczyłam. Odprowadziłam ją wzrokiem, cała drżąc z radości. W ostatniej chwili się obejrzała. Przeszedł mnie dreszcz, jak za każdym razem, gdy zwraca na mnie uwagę. Lecz szybko odwróciła się i poszła dalej.

Roztrzęsiona pobiegłam do domu i topiłam się w bezgranicznej radości…

*No dobra, trochę wyolbrzymiam. Poznałam świetną osobę, z którą potrafiłam pogadać o wszystkim i podzielić się doświadczeniami. Rozumiała mnie. Po raz pierwszy poczułam się w ten sposób. No i odważyłam się spojrzeć na siebie nieco bardziej obiektywnie i przestać się okłamywać. A, jeszcze jedno – kupiłam sobie zajebisty kubek.

Przedszkole z angielskim, podstawówka, gimnazjum, dobre liceum. Potem studia, magisterka, dobra praca, rodzina, własna firma, bogactwo, emerytura, wnuki, spokojna starość, śmierć we śnie. Dla wielu żywot idealny. Ale nie dla wszystkich. Dla mnie to koszmar.

Do tej pory idę właśnie tym trybem, mam pełno rozszerzonych przedmiotów (polski, angielski, niemiecki, biologia, historia, matematyka, wos), żebym dostała się na dobre studia. A co, jeśli się nie dostanę? Świat się nie zawali. Ludzie po zawodówce często zarabiają więcej niż niejeden magister. Tu nie chodzi o wykształcenie, tylko o chęć i zdolności. Zawsze można się wkręcić. Znam dziewczynę, która skończyła w Polsce politologię, a teraz pracuje w Londynie jako księgowa… i zarabia trzy razy więcej niż politolog w Polsce. Zmarnowała 5 lat życia na czymś, co jej się w ogóle nie przydało… W Anglii zrobiła kilka kursów i trzepie normalną kasę. Po cholerę więc studiować?

Nie chcę być kimś.

Nie wiem, czego chcę.
Nie wiem, kim jestem.
Nie wiem, po co jestem.
Nie wiem, co mnie czeka.
Nie wiem, jaka będę.
Nie wiem, co ze sobą zrobić.
Nie wiem, o co chodzi.
Nie wiem, na czym mi zależy.
Nie wiem, czy coś czuję.
Nie wiem, czy dam radę.
Nie wiem, po co to piszę.
Nie wiem, czy się boję.
Nie wiem, czy chcę coś zmienić.
Nie wiem, jak przeżyć ten sierpień.
Nie wiem, co robię.
Nie wiem, co zrobię.
Nie wiem, czy to ma jakiś sens.
Nie wiem, czy będę to kiedyś wiedzieć.

Na górze koncert jednego z moich nowych odkryć muzycznych – AaRONa – polecam.

Chyba mogę już z czystym sumieniem powiedzieć, że uwolniłam się od pewnej osoby, która psuła mi nastrój, wykorzystywała i zraniła mnie doszczętnie niejeden raz. W tej chwili poczułam takie wyzwolenie, jakiego chyba jeszcze nigdy. Wpieprzała się w moje życie, równała mnie z ziemią. Ale już koniec tego dobrego, pora się pożegnać raz na zawsze.

Postanowiłam, że nie będę już nigdy pić. Nic a nic. Zobaczymy, jak długo wytrzymam, na razie jest chyba nieco ponad dwa tygodnie. 


  • RSS