Mam nadzieję, że w końcu przyjdzie prawdziwa jesień. Ale nie mam tu na myśli kolorowych liści ani słońca. Nie mogę doczekać się walenia deszczu o szyby, wczesnych zachodów słońca, nagich drzew. Wypalania papierosa za papierosem, czekając na K.; nastroju na słuchanie Soap&Skin i Shape of Despair. Kocham chodzić w ciemnościach – nie widać wtedy mojej twarzy, nie czuję się wtedy tak wyobcowana.

Jutro przyjeżdża do nas rodzina (pozostałe dwie osoby, reszta nie żyje), zapowiada się koszmar. Będę musiała siedzieć i odpowiadać na pytania o średnią ocen, znajomych, plany na przyszłość… Średnia taka sobie, znajomych nie mam, plany na przyszłość natomiast mam, ale nieosiągalne. Chciałabym pójść na neurobiopsychologię, co jest prawie niemożliwe do zrealizowania, 40 osób na jedno miejsce. Mam nadzieję, że ciotki nie będą długo siedzieć i jak najszybciej wrócą do tego swojego zadupia, jakoś nie mam ochoty im tego wszystkiego mówić.

Czuję się coraz bardziej obco, gdy patrzę na własne odbicie w lustrze. Wydaje mi się, że osoba, którą widzę, nie jest mną. Że gapi się na mnie obca twarz i naśladuje moje ruchy. Nigdy nie czułam się dobrze z moim ciałem, a ostatnio przybrało to na intensywności. Nie cierpię moich oczu o nieokreślonym kolorze, kobiecych ust, piersi, bioder i nóg. Wyglądam za mało androgynicznie, by indentyfikować się ze sobą. Nie mówię, że byłoby mi w 100% dobrze z penisem i zarostem, ale z pewnością czułabym się lepiej, posiadając bardziej męską sylwetkę i zdecydowane, ostre rysy twarzy. Niestety, tego nie zmienię, choćbym nie wiem, jak bardzo chciała. Jestem rodzaju nijakiego, androgynicznym potworem nieznającym własnego ‚ja’.

Koniec tej samotnej sielanki, wyzdrowiałam i muszę wrócić do ludzi. Nie byłoby to aż tak straszne, gdybym mogła słuchać muzyki, która dodaje mi otuchy. Ale, oczywiście, moja zdolność musiała zepsuć dwie pary podczas jednego dnia i muszę zadowolić się dźwiękiem dobiegającym jedynie z prawej strony. Nie poddam się, rzecz jasna, i idę reklamować tę psującą się po miesiącu kupę szajsu.