Tak się zastanawiam, czy jest dla mnie osiągalne poczucie
satysfakcji.Czy wystarczy, że osiągnę
jakiś cel, który sobie wymierzyłam? Nie, to nie może być aż tak proste. Z
drugiej strony, najtrudniej jest wyznaczyć sobie jakiś punkt, do którego będę
dążyć. Taki, który da się zrealizować, ale nie będzie banalny. Na dodatek, musi
mi na nim autentycznie zależeć, co jest kolejnym utrudnieniem, bo zazwyczaj
wszystko, co osiągalne, mam w dupie.

Zależy mi
tak naprawdę tylko na K. – osobie, którą pokochałam dobre parę lat temu. Nie
boję się już tego słowa. Dużo czasu minęło, zanim potrafiłam przyznać się do
tego sama przed sobą, to było dla mnie, jak zimny prysznic. Bo przecież
zauroczenie nie może trwać ponad pięć lat, prawda? Niestety, K. jest kobietą,
która niedługo zapomni o moim istnieniu. Pochodzi z zupełnie innej planety, niż
ja; różnimy się wszystkim. Mało o niej wiem. Ona o mnie chyba jeszcze mniej.
Ale pokochałam ją, i to od pierwszego wejrzenia, nie mając zielonego pojęcia o
tym, kim jest. Wystarczyło jej jedno spojrzenie, które pamiętam do tej pory,
pomimo upływu czasu. No i, nie oszukujmy się, gdy po raz pierwszy ujrzałam jej
cudowne oczy, byłam trzy razy większą gówniarą, niż jestem teraz (tak, wiem,
trudno jest wyobrazić sobie, że byłam jeszcze bardziej infantylna). Jakiś czas
temu obiecałam sobie, że napiszę kiedyś do niej list i zawrę w nim wszystko, co
do niej czuję. Ba, zamierzam go nawet wysłać! (Swoją drogą, pewnie potem zaatakowałabym listonosza, żeby nie doręczył koperty.)

Na pewno
będę tego żałować, ale chyba lepiej jest żałować, że się coś zrobiło, niż mieć
poczucie, że zmarnowałam szansę. Gdy mijam ją na ulicy, mam wielką ochotę
krzyknąć jej prosto w twarz, jak bardzo mi na niej zależy. I zawsze potem
cieszę się, że jestem tchórzem – przynajmniej czasami ma to swoje pozytywne
strony…