Leżę całymi dniami w łóżku, głucha na prawe ucho, i godzinami czytam blogi, słuchając black metalu. Nie mam na nic ochoty, marzę o tym, żeby nauczyć się spać 24 godziny na dobę. No, z małą przerwą, żeby iść się odlać, spanie w syfie jakoś mi się nie uśmiecha.

Jestem użalającym się nad sobą psim odbytem. Żyję w izolacji na własną prośbę, raz to kocham, innym razem tego nienawidzę. Chciałabym chociaż wiedzieć, czego chcę. Jestem w totalnym rozdarciu, miotam się pomiędzy skrajnościami. Tak jest ze wszystkim, nawet z najdurniejszymi decyzjami. A jak już się na coś zdecyduję, to potem przez miesiąc wyrzucam sobie, że mogłam zrobić inaczej… Wiem, każdy tak ma, z tym, że u mnie to jest wyjątkowo intensywne – nie mam ani chwili wytchnienia, bo cały czas mam wyrzuty.

Zabierzcie mnie z mojego ciała. Dajcie mi chude, żylaste kończyny i płaską klatę.

Parę dni nie palę. A ciągnie mnie jak jasna cholera. Nigdy nie miałam tego problemu, jak paliłam, to paliłam, a jak nie, to nie. A teraz zrobiłabym wszystko, żeby wyjść na szluga i napić się dobrej kawy. Ale muszę leżeć posłusznie w łóżku i popijać herbatkę z miódkiem i cytrynką. Gdybym poznała osobę, która to wymyśliła, wylałabym jej ten roztwór na łeb. Całe szczęście, jutro wychodzę na dwie godziny matmy, to po drodze kupię sobie fajki i wypalę ze trzy. A przysięgłam sobie parę miesięcy temu, że się nie uzależnię… No trudno, na coś trzeba umrzeć, a przywiązana do mojego żywota w ogóle nie jestem.

Chyba przeniosę się na blogspota, HTML zaczyna mnie wkurwiać.