gijorg blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2011

Na górze koncert jednego z moich nowych odkryć muzycznych – AaRONa – polecam.

Chyba mogę już z czystym sumieniem powiedzieć, że uwolniłam się od pewnej osoby, która psuła mi nastrój, wykorzystywała i zraniła mnie doszczętnie niejeden raz. W tej chwili poczułam takie wyzwolenie, jakiego chyba jeszcze nigdy. Wpieprzała się w moje życie, równała mnie z ziemią. Ale już koniec tego dobrego, pora się pożegnać raz na zawsze.

Postanowiłam, że nie będę już nigdy pić. Nic a nic. Zobaczymy, jak długo wytrzymam, na razie jest chyba nieco ponad dwa tygodnie. 

Dwa dni temu obudziłam się nad ranem z niesamowitym bólem ucha (zawsze musi mi się coś przytrafiać). Był tak intensywny, że myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Nie robiłam nic przez dwie godziny, czekałam aż mi minie (nie biorę przeciwbólowych, bo to ścierwo niszczące organizm). Jak doczekałam się odpowiedniej pory, to poleciałam do szpitala. Oczywiście błądziłam po nim przez dobre pół godziny, ale udało mi się w końcu dotzeć na izbę przyjęć. Wepchnęłam się nie w tę kolejkę, co trzeba, jednak jakoś wszystko załatwiłam, dostałam dwa kwity i wyruszyłam w poszukiwaniu laryngologii.

Okazało się, że nie będzie to trudne, bo wpadłam na genialny pomysł, żeby się spytać salowego – byłam z siebie dumna. Weszłam więc do zdezelowanej, peerelowskiej windy i pojechałam na szóste piętro. Od razu rzucił mi się w oczy napis ‚LARYNGOLOGIA’, więc odetchnęłam z ulgą i usiadłam w poczekalni. Oprócz mnie była masa dzieciaków w wieku przedszkolnym, czekających na przyjęcie na oddział ze względu na wycinanie trzeciego migdała. Biegały, wrzeszczały, łaziły po krzesłach… Ogólnie masakra. Nigdy nie lubiłam dzieci. Ucho bolało mnie oczywiście coraz bardziej, ból promieniował na gardło. W takim stanie czekałam na lekarza… półtorej godziny. W końcu się pojawił. Przystojny, siwy (lecz niezupełnie stary) mężczyzna z zaciętym wyrazem twarzy. Weszłam.

Powiedziałam, że boli mnie lewe ucho, na dodatek kiepsko słyszę. Kazał mi usiąść, wypełniał te kwity, które dostałam na dole. Weszła rejestratorka i powiedziała lekarzowi coś na ucho.
-Znowu będę musiał opierdolić izbę! Przysyłają do mnie dziewczynę z bólem, a na korytarzu czeka krwawiący człowiek! Robią ze mnie jebaną przychodnię!!!
Cały czas siedziałam na krześle, ukrywając przerażenie – pomyślałam, że zaraz mnie opierdoli zamiast izby przyjęć. Był tak wnerwiony, że naprawdę się go bałam.
Podszedł do mnie, wsadził mi metalowy lejek do ucha i spojrzał. Bez słowa wrócił do uzupełniania papierów. A ja siedziałam i czekałam, aż szanowny pan doktor się na mnie wydrze. Ale chyba zobaczył, że zrobił na mnie kiepskie wrażenie i spokojnie powiedział, że mam ostre zapalenie ucha i muszę wykupić antybiotyki i krople. Przypisał mi też Ketonal, w razie jakiegoś wielkiego bólu. Zabronił przez jakiś czas wychodzić z domu i się ze mną pożegnał.

A co, jeśli to moje ucho by krwawiło? Czekałabym półtorej godziny na lekarza? Nie no, wielkie dzięki, Polsko…

Nie mogę znaleźć sobie miejsca. Próbuję się czymś zająć, ale nie mam do niczego cierpliwości. Grałam na pianinie, czytałam, wyszłam na spacer, słuchałam muzyki, a nawet oglądałam durne „The L Word”, nic z tego. Nie mogę się skupić ani niczym zainteresować. Wybawieniem w tej sytuacji byłaby rozmowa z kimś, ale nie mam na to ochoty. Może inaczej – nie mam na nic ochoty.

W te wakacje chciałam odpocząć, by kolejny rok szkolny przywitać z siłą i zawzięciem. Oczywiście wszystko się spieprzyło – nie mogę spać, nie jem, ogólnie jestem do niczego i męczę się jeszcze bardziej niż przez te 10 miesięcy. Wykańcza mnie brak zajęcia (podobno inteligentni nigdy się nie nudzą. Kolejny dowód na moją durnotę), ale przede wszystkim sama się torturuję. Cóż, lubię to. Uwielbiam znęcać się nad kimś. Wiem, że to chore, ale nic na to nie poradzę. Mam potem niesamowitą satysfakcję i wydaje mi się, że posiadam jakąś specjalną siłę. Chciałabym żyć w średniowieczu i być katem. To znienawidzone przez wszystkich zajęcie byłoby dla mnie wybawieniem, zadaniem stworzonym specjalnie dla mnie. W końcu byłabym dobra w tym, co robię, może nawet najlepsza. Bez wyrzutów sumienia ścinałabym głowy i patrzyłabym na to, jak bezwładnie opadają. Wydaje mi się to o wiele ciekawsze niż palenie ludzi na stosie. Jest jeszcze jedna rzecz, którą musiałabym robić – torturować bez zabijania. Łamanie kołem, ucinanie palców, wyrywanie paznokci… Chyba byłabym jedyną osobą, która chciałaby to robić bez żalu i wyrzutów sumienia.

Kiedyś nawet chciałam być SS-manem. Ale przeszło mi to. Owszem, lubię okrucieństwo, ale chyba nie mogłabym dręczyć ludzi w imię nazizmu, którego absolutnie nie popieram. Cała ta ideologia przesiąknięta jest kłamstwem. Swego czasu bardzo się tym interesowałam, przeczytałam „Mein Kampf”, jednak nigdy nie byłam zwolenniczką Hitlera. Rozumiem jego postępowanie, ale nigdy nie będę się opowiadać po jego stronie. Sam Adolf nie był Niemcem, tylko Austriakiem, co starał się na każdym kroku ukrywać. Zaczęło się od tego, że nienawidził Żydów – to doskonale rozumiem. Żydzi byli wszędzie, zajmowali najwyższe pozycje w Niemczech, pomimo tego, że nie byli pełnoprawnymi obywatelami tego kraju. Hitler ich nienawidził do tego stopnia, że zaczął ich tępić. Później chciał dojść do władzy. Poparcie zyskał dzięki temu, że nie ukrywał antysemityzmu. Omamił ludzi, którzy ślepo za nim podążali i poczuł żądzę władzy. Zapragnął być panem wszystkiego, co go otacza. Potem, żeby utrzymać władzę, musiał użyć tych najbardziej okrutnych metod. Nie liczyło się nic prócz władzy. Hitler był przede wszystkim więźniem własnej żądzy, a nie tyranem.

Gdybym pragnęła tego, co on, pewnie postąpiłabym ponownie. Zresztą, przykłady takiego zachowania są wszędzie, chociażby w „Makbecie” Shakespeare’a. Można też przywołać utwór Closterkellera: „Władza tak jak narkotyk, władza to wielka siła. Rodzi miłość i lęk, czasami też zabija”. Czyli gdyby Hitler poszedł do psychologa w odpowiednim czasie, nie byłoby II wojny światowej. Proste, nie?

5. Lili

1 komentarz

Nie mogę przestać słuchać tego utworu. Czasami wydaje mi się, że ten tekst jest napisany specjalnie dla mnie. Niektóre zdania ciągle wybrzmiewają mi w głowie i jest to do tegi stopnia realne, że można posądzić mnie o to, że słyszę głosy. Ale mam jeszcze w sobie trochę zdrowia psychicznego, bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam nikogo, kto mógłby wypowiedzieć do mnie tak piękne słowa. Poza tym, nie jestem osobą, która jest godna usłyszeć: „You’re the best paint life ever made”. Wręcz przeciwnie. To ja wszystko psuję i nie potrafię znaleźć się w żadnej sytuacji. Są chwile, kiedy najchętniej zamieniłabym się z kimś życiem. Bywa, że chcę być normalna, wtapiać się w tłum i tyle. Ale nie umiem.
„There’s still a place for people like us”…

Chciałam zrobić sobie mojito, kroiłam limonki i nagle bum! Mój palec zamienił się w fontannę, odkroiłam sobie kawałek opuszka.  Bardzo apetycznie wyglądały zarówno owoce, jak i moje ubrania. I to boskie uczucie, gdy do rany wleciał mi sok… Polecam moją nieuwagę, możecie mi zazdrościć! (Oczywiście nie mam w domu plastrów, zaraz się wykrwawię, sialalala.)

Cały dzień słucham Led Zeppelin i sama się sobie dziwię. Do tej pory nigdy mnie jakoś głębiej nie poruszyli, aż do dziś. Dosłownie zakochałam się w >tej< piosence. Dobrze, że nigdy nie słucham głośno muzyki, bo sąsiedzi dostaliby szału – wsłuchuję się w jeden utwór godzinami. Chociaż jak teraz o tym myślę, to powinnam zmienić zwyczaje i podgłośnić, bo oni nie są lepsi, za ścianą mieszka chłopak, który całymi dniami ćwiczy na jakimś niedorobionym syntezatorze. Matko boska ostrobramska, jak mnie to wkurwia! Od rana do nocy muszę słuchać tzw. bimblotania. Teraz, latem, jest jeszcze gorzej: nigdzie nie wyjechał i napieprza. Ciekawe, co by zrobił, jakbym zapuściła depressive black metal na cały regulator.

Mam jakiś dziwny nastrój. Z jednej strony jestem wkurzona, z drugiej mam wszystko w dupie, a jak spojrzę na siebie z boku, to dzisiaj jest całkiem sympatycznie (no, może pomijając to, ze wciąż krwawię i nie chce mi się iść po plastry). Pogoda super – ok. 20 stopni, zachmurzenie, bez deszczu; mam radochę z muzyki; nie przeszkadza mi głód.

No właśnie – głód. Muszę się do niego przyzwyczaić, bo będzie mi towarzyszył bez przerwy jeszcze przez bardzo długi czas. I regularnie nie mogę badać moich postępów, bo nie mam wagi w domu. Przynajmniej nie będę się stresować, gdy trochę przytyję… Cel musi być. Nawet irracjonalny. Byle był, jakikolwiek.

Złapałam doła i mam masakryczną ochotę się tym podzielić ze światem. Czuję się jak gówno, bo nigdy nie będę ideałem, jakim bym chciała być. Mam niewiarygodną potrzebę zmienienia się. Po pierwsze, chcę schudnąć. Ale nie zeszczupleć, tylko schudnąć. Zrzucić 15 kilogramów, najlepiej do końca tego roku. Wiem, że to durne, niezdrowe itd, ale musiałam sobie ustanowić jakiś cel, bo bym zwariowała. Całe życie zawsze podporządkowuję jakiejś rzeczy, do której dążę. A że teraz są wakacje i nie mam się do czego ustosunkować, to wymyśliłam sobie, że będę chuda, haha.

Nie umiem żyć bez celu. Wtedy to nie jest życie, a pusta egzystencja i codzienna walka o przetrwanie. Ostatnio tak sobie egzystowałam, aż teraz postawiłam sobie ten nierealny cel i doszłam do wniosku, że nigdy mi się nie uda go osiągnąć, przez co złapałam doła. Bo, jeśli poważnie będę chciała schudnąć o 15 kg, to muszę się ostro wziąć do roboty. Codziennie dawać sobie wycisk, nie jeść po 18… To jest dla mnie najtrudniejsze – jak mam nie jeść po 18, skoro chodzę spać około 3 nad ranem? Swoją drogą, fajnie by było spojrzeć w lustro i pomyśleć, że całkiem niedawno byłam tłustą świnią, a teraz można brać ze mnie przykład. Na razie zjadłam jogurt, jabłko, naleśnika z twarogiem i miskę rosołu… Nie wygląda na to, żeby udało mi się wziąć w garść, na razie żrę jak wychudone dziecko z Etiopii.

Powinnam zmienić tez podejście do ludzi, którzy sami mówią o sobie, że są moimi przyjaciółmi. Ja nie mam przyjaciół. I nigdy ich nie chciałam mieć. W życiu trzeba radzić sobie w pojedynkę i tyle. Bo kto Ci pomoże, jak będziesz umierać? Nikt. I tak umrzesz. Nie widzę więc sensu w tworzeniu jakichś skomplikowanych relacji z ludźmi, których i tak mam głęboko w dupie. Oni mnie potrzebują, by się poradzić, czy coś. Tylko. Poradzić mogę, nawet nie zastanowię się nad tym, co powiem, ale ja o radę prosić nie będę.

Samemu musimy stawić czoła przyszłości, celom. Nikt nam w tym nie pomoże, nikt nas nie wesprze durnymi słowami: „wszystko  będzie dobrze, zobaczysz. Ułoży się!”. Też tak mogę powiedzieć, chociaż jestem zimną, egoistyczną, wredną suką. Przynajmniej zdaję sobie z tego sprawę, w przeciwieństwie do niektórych…

Czasami wszystko jest do dupy. A czasami wręcz
przeciwnie. Jak na razie wydaje się to być w miarę normalne, ale jest
jeden szkopuł: u mnie te uczucia się przeplatają. I to nie co godzinę,
tylko znacznie częściej – raz na 10-20 minut. Nie wkurza to mnie, ale
wszystkich ludzi, którzy mnie otaczają, a niestety jest ich trochę.

Jak już pisałam, nie lubię ludzi. Nie muszę Cię znać, żeby powiedzieć, że Cię nie cierpię.
Wystarczy, że jesteś człowiekiem i że nie jesteś K. – jedyną osobą,
którą toleruję, szanuję, lubię, uwielbiam, kocham. Dla Niej jestem w
stanie zrobić wszystko. Dosłownie. Jeśli chciała, żebym spierdoliła z
powierzchni ziemi, odeszłabym. Gdyby poprosiłaby mnie o eutanazję, nie
wahałabym się. Jedyne, co bym przed tym zrobiła, to spytałabym się o
sposób, w jaki by chciała umrzeć. Jednego dla Niej nie mogłabym zrobić –
nie mogłaby stać się dla mnie obojętna. Jestem pewna, że do końca życia
będzie miała dla mnie szczególne znaczenie. Jeśli nie pozytywne, to
negatywne. W każdym razie silne. I to bardzo.

A reszta mnie
nie obchodzi. Ani ludzie, ani wydarzenia, ani nic innego się nie liczy.
Oprócz K. nic ani nikt dla mnie nie istnieje. Wiem, że to chore.
Wywróciła moje życie do góry nogami. Zaczęłam chodzić innymi drogami,
zarówno w przenośni, jak i dosłownie. Myślę w inny sposób, zmienił się
mój system wartości.  Nie jestem
tą osobą, którą byłam jeszcze dwa lata temu. Zmieniłam się tak, że aż
mi trudno w to uwierzyć. Zawsze patrzyłam na życie inaczej, ale odkąd K.
pojawiła się w moim życiu, mam jeszcze mniej punktów wspólnych z ludźmi
w moim wieku. Niestety niewielu przeżyło coś tak silnego mając te
kilkanaście lat.

Może dlatego nie cierpię
ludzi – bo z nikim nie mogę się dogadać. Ja nie rozumiem tego, jak można
się przejmować randką, a oni w ogóle nie wiedzą, o czym ze mną
rozmawiać. Jestem z natury dosyć zamknięta i nie lubię się otwierać,
szczególnie podczas jakiejś luźnej pogawędki na przerwie. Nie ma żadnych
punktów zaczepienia: ani muzyka, ani kino, ani literatura… Na imprezy
nie chodzę, a to jest główne zajęcie licealistów. Nie wiem, co fajnego
jest w najebaniu się i pójściu do klubu. O wiele ciekawsze wydaje mi się
spędzenie wieczora z książką lub filmem. Nawet nie będąc do końca w
stanie trzeźwości. Ale bez przesady! No jaki jest sens w lądowaniu łbem w
kiblu, a następnego dnia niepamiętaniu niczego z poprzedniej nocy?

Ogólnie rzecz biorąc, jestem dziwnym mizantropem i mi z tym wyjątkowo
dobrze. Mam swój świat, pełen niejasności i idiotyzmów, ale nie
przeszkadza mi to. Samotność dodaje mi odwagi i pozwala sobie lepiej
radzić w życiu. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania jak typowa osoba w
moim wieku, nie przeszkadza mi to. Jestem sobą.

Pierwszy.

1 komentarz

Witam. Gdyby przedstawiała mnie Amelia Poulain, prawdopodobnie powiedziałaby coś w stylu: „Lubi muzykę, gumę do żucia i deszcz. Nie lubi poranków i ludzi pewnych siebie”. Byłaby to prawda, na dodatek całkiem dobrze mnie opisująca. Otóż nie mogę przeżyć dnia bez dobrej muzyki i wyżucia przynajmniej dwóch gum. Jak się teraz nad tym zastanawiam, to pewnie jestem od nich uzależniona, przydałoby się z tym skończyć. Natomiast co do tego, czego nie cierpię, to chyba nie mam nic do dodania oprócz tego, że naprawdę nienawidzę wstawania przed południem i ludzi zadufanych w sobie. Prędzej czy później każdy człowiek staje się dla mnie nie do zniesienia, więc może powinnam napisać, że nie lubię ludzi (?). Z nikim nie utrzymywałam bliższego kontaktu dłużej niż 2-3 lata i żadnego rozstania nie żałuję, wręcz przeciwnie.

Nie jestem totalnie aspołeczna. Po prostu nie lubię, gdy ktoś za włazi w moje życie, uważa się za mojego przyjaciela i wymaga ode mnie zwierzeń. Nikt nigdy nie będzie mnie dobrze znał. Przed nikim się nie otworzę. Jestem niezależna i lubię czuć tę niezależność we wszystkim, co robię. Nigdy nie zależało mi na bliskich kontaktach (mówię tu tylko o tych koleżeńskich, miłość to co innego) z innymi. Ponadto, cały czas zawodzę i mam w dupie uczucia tej drugiej strony.

Będąc sama, słucham muzyki, oglądam filmy i czytam książki. Nikt nie przeszkadza mi we wsłuchiwaniu się w moje ulubione płyty (np. „Discouraged Ones” Katatonii – uwielbiam), mam spokój. Na koncerty nie chodzę właśnie z powodu tłoku i hałasu – kolejnych dwóch rzeczy, które działają mi na nerwy. Jeszcze gorzej czuję się, gdy mam z kimś oglądać film. Kiedy ktoś przy mnie mlaszcze, wierci się i gada, tracę całą przyjemność z oglądania. Całe szczęście, zazwyczaj nie czyta się w towarzystwie.

I wyszłam na totalną marudę, którą raczej nie jestem. Nie lubię ludzi i tyle :) Oprócz takiego jednego ludzia, ale o tym kiedy indziej.


  • RSS